Kto się boi InFlavo? – c.d.
Poprzednia notka dotyczyła rozmaitych narzędzi stosowanych w promowaniu sklepu internetowego: ogólna teza artykułu była taka, że próby negacji (dyskredytacji, bardzo uogólnionego odradzania wszystkim) jakiegokolwiek z nich są moim zdaniem skazane na niepowodzenie. W związku z czym należy jako sklep “robić swoje”, dostosować sposób promocji sklepu do swoich potrzeb i możliwości, decydując samemu co jest dla naszego biznesu dobre, a co niekoniecznie do niego pasuje. Wypowiedzi, których szczególnie radykalny ton mi się nie podobał wskazałam wraz z podlinkowaniami. Jeśli ktoś się za to obraził – przepraszam, nie było to moim zamiarem.
Powtórzę raz jeszcze: moim zdaniem każde narzędzie promocji/kanał sprzedaży (aukcje, mailing, blog firmowy, programy partnerskie, kampanie PPC, sprzedaż w serwisach społecznościowych itd.) może zostać wykorzystane właściwie lub schrzanione na maksa. Każde z nich “grozi” nam tym, że możemy przy jego stosowaniu a) wyjść na zero, lub b) zarobić lub c) stracić i dołożyć do interesu. Ogólnikowe stwierdzenia, że jakieś narzędzie jest/może być nieskuteczne (ogólnie mówiąc nie opłacać się) i może grozić stratą (w najlepszym przypadku wychodzeniem na zero), są zatem w połowie prawdziwe, a w połowie fałszywe, mają w związku z tym raczej niską wartość merytoryczną, wzbudzają niepotrzebne obawy i generalnie (pomimo szczerych i dobrych intencji autorów) do niczego nie prowadzą. Jeśli jest to w dodatku narzędzie tak nowe jak sklep na Facebooku to należy zachować szczególnie należytą staranność w jego badaniu i ostatecznej ocenie. Ponieważ nowego i nieznanego zawsze obawiamy się bardziej.
Ktoś kto boi się posiadania sklepu na FB (a przynajmniej “nie teraz”) powinien najpierw zadać sobie pytanie: czego ja oczekuję od takiej aplikacji, od tego kanału sprzedaży, od takiego sposobu promowania mojego biznesu? Podobne pytania zadajemy sobie przecież gdy podejmujemy decyzję o wykupieniu reklamy AdWords lub mailingu, przyłączeniu się do porównywarki, wystawieniu produktów na aukcjach itd. Świetnie ujęła to Julia w komentarzu do wpisu Krzysztofa Bartnika http://www.ekomercyjnie.pl/nie-zakladaj-sklepu-na-facebooku-przynajmniej-jeszcze-nie-teraz/ - “Jeśli komuś wydaje się, że samo założenie sklepu na Facebooku to pierwszy i ostatni etap “zaistnienia sklepu w mediach społecznościowych”, to się niestety grubo myli.”
Zastanawianie się zatem czy wejść ze swoim biznesem na Social Media teraz czy później, powinno zostać zastąpione zastanawianiem się jak uczynić je skutecznym narzędziem sprzedaży gdy już tam będziemy. Przy czym doradzam uczynić to już teraz, bo jak nie teraz to kiedy? – to jest właśnie moim skromnym zdaniem najlepszy moment!
Kiedy cztery lata temu narodziła się w mojej głowie idea sklepu Skarpetkowo.pl, jedną z pierwszych rzeczy jaką wiedziałam było to, że na pewno zrobię razem ze sklepem blog. A to był lipiec 2006 i nie przesadzę, jeśli powiem iż blog Skarpetkowo.pl był jednym z pierwszych polskojęzycznych blogów prowadzonych przez sklep internetowy. Przed nami z pewnością była… Frosta (ta od mrożonek), która co prawda sklepu online nie miała, ale za to zainspirowała mnie do posiadania sklepowego bloga. Tak więc nie było pytania “czy teraz” (może poczekam, ludzie jeszcze nie mają w zwyczaju czytać blogów, może poczekajmy aż nabiorą zwyczaju itp.). Pytanie było tylko – czego oczekuję od bloga, czy potrafię go wykorzystać dla dobra mojego biznesu i w końcu najważniejsze: czy to się spodoba klientom. Bo ostatecznie w biznesie wszystko robimy dla ludzi, to oni decydują o naszym sukcesie lub porażce, to my jako właściciele biznesu powinniśmy iść do ludzi zamiast czekać, aż oni pofatygują się do nas.
Media społecznościowe takie jak Facebook dają ku temu niespotykaną okazję: przebywania, obcowania, komunikowania z ludźmi. A jak wiadomo ludzie codziennie czegoś potrzebują: dlaczego to nie miałby być Twój produkt, Twoja usługa? Jeśli do tego będą mogli dokonać zakupu bez opuszczania FaceBooka gawędząc sobie miło z właścicielem sklepu oraz ze swoimi przyjaciółmi, to nie ma powodu sądzić, że im się to nie spodoba.
Jestem przy tym pewna, że gdybym np. swego czasu zalała naszego skarpetkowego bloga nudnymi wpisami o takich czy owakich skarpetkach z naszej oferty oczekując jednocześnie, iż każdy taki wpis na blogu spowoduje gwałtowny wysyp świeżych zamówień, to byłabym rozczarowana. Tymczasem blog spodobał się zarówno klientom jak i Jury zorganizowanego po raz pierwszy w 2008 roku konkursu na firmowy blog roku, z drugim miejscem (zaraz po blogu mBanku) tym cenniejszym, że blog tworzony był przeze mnie samodzielnie (a nie przez agencję, jak to ma miejsce w przypadku dużych firm).
I to jest w zasadzie kwintesencja tematu: jeśli Twój fanpage będzie nieciekawy, lubisie kupieni na Allegro a wpisy będą jedynie nudną reklamą Twoich produktów lub suchą informacją o promocjach/ nowościach, to nawet najcudowniejsze i najbardziej zaawansowane narzędzie socialmediowej sprzedaży nie pomoże i nie zapewni skuteczności. Nie ma interakcji, nie ma zaangażowania, nie ma prawdziwych fanów, nie ma szczerości w relacjach – nie ma sprzedaży. To nie jest porównywarka, gdzie wystarczy podpiąć XML-a, dać najniższą z możliwych cenę na produkt i czekać na zamówienia. Samo “otworzenie sklepu na Facebooku” nie załatwi sprawy.
Czego mi zabrakło w artykule Krzysztofa Bartnika: nic nie wiemy o sklepach będących przedmiotem analizy, nic nie wiemy o sposobie w jaki prowadzą na FB komunikację z ludźmi (i od kiedy), ani o rodzaju więzi wypracowanej z fanami (i iloma), ani o ewentualnych specjalnych akcjach promocyjnych/testach konsumenckich przeprowadzonych dla fanów specjalnie z okazji otwarcia nowego sklepu na FB itp. itd. Wiemy tylko, że sprzedają na Facebook bardzo krótko - “od minimum 2 tygodni” (dodać należy: w ramach fejsbukowej maski – nakładki graficznej na sklep – dostępnej od końca lipca b.r. dla osób dzierżawiących oprogramowanie od IAI) i że są to sklepy “mniej lub bardziej znane” oraz że “na razie nie potrafią określić nawet w przybliżeniu terminu zwrotu z inwestycji”, co nie jest dobre – sklepy bowiem bezwładnie dryfują zamiast płynąć w określonym przez siebie kierunku.
Pewnie chcecie wiedzieć jak to się ma do Skarpetkowa. Spokojnie, case’a jeszcze nie będzie – Skarpetkowo otworzyło jako pierwsze w Polsce swój sklep na Facebooku wiosną b.r. , z czego jednak przez większość z tego okresu działaliśmy na wersji bardzo wczesnej pra-pra-bety InFlavo, gdzie na porządku dziennym były ciągłe testy, rozbudowa i poprawki tego czy innego modułu itp. – wiadomo. Z powodu tych “zakłóceń” trudno zatem w tym wypadku o case do poważnej analizy. Aby zaspokoić jednak Waszą ciekawość: przez cały ten czas notowaliśmy i realizowaliśmy w każdym razie zamówienia od fanów składane poprzez aplikację, napływały nie tylko zamówienia “z ciekawości” lub testowe (choć i takie się zdarzyły). Rąbka tajemnicy jeszcze bardziej uchylę: średnia wartość koszyka była wbrew naszym obawom na poziomie tego z “prawdziwego” Skarpetkowa.
Na dzień dzisiejszy Skarpetkowo ma 1.043 wspaniałych fanów – prawdziwych co do sztuki, wszyscy polubili nas dobrowolnie (żadnego nie kupiliśmy na aukcji czy gdziekolwiek). Prawdziwy case będzie mógł powstać jak sądzę całkiem niedługo. Ponieważ jednak pod uwagę nie powinien być brany ostatni kwartał roku z charakterystyczną dla tego okresu wzmożoną sprzedażą – case powstanie nie szybciej niż w przyszłym kwartale.
Pozdrawiam,
Marlena Bhandari